Jest wychowankiem naszej szkoły, 15-krotnym reprezentantem Polski, strzelcem 7 bramek w biało-czerwonych barwach. Dziś Radosław Matusiak dzieli się swoją wiedzą z kolejnymi pokoleniami zawodników UKS SMS Łódź. W szczerej rozmowie w ramach serii #AbsolwenciSMS opowiada o zmianach w podejściu młodzieży do sportu, realiach współczesnego szkolenia, wpływie rodziców na rozwój młodych piłkarzy oraz o tym, dlaczego sama infrastruktura – choćby najlepsza w Polsce – nie zagra za zawodnika.
UKS SMS Łódź ma dziś bazę, której zazdrości nam większość klubów. Mimo to rekrutacja młodzieży wygląda inaczej niż kiedyś. Z czego to wynika?
Radosław Matusiak: Trzeba zacząć od tego, że na naszej bazie – siedem boisk, hala, siłownia, Bursa, pełne zaplecze w jednym miejscu – warunki do rozwoju są wybitne. W Polsce może trzy inne akademie mają podobne możliwości: Lubin, Legia, Lech Poznań. A mimo to ściągnięcie utalentowanych, zdeterminowanych zawodników spoza Łodzi jest dziś trudniejsze.
Świat się zmienił, a wraz z nim młodzi ludzie. Dzisiejsza młodzież jest inaczej wychowywana – często bardziej skryta, mniej odważna i mniej gotowa na opuszczenie rodzinnego domu w wieku 14 czy 15 lat, by zamieszkać w bursie i w pełni poświęcić się piłce. A prawda jest taka: jeśli chcesz zostać profesjonalnym piłkarzem, musisz zdobyć się na poświęcenie. Nie da się zrobić kariery, mieszkając z mamą, trenując trzy razy w tygodniu w kiepskich warunkach i nie wychodząc ze strefy komfortu.
„Robić karierę oznacza poświęcenie. Nie da się zostać piłkarzem wysokiej klasy, trenując trzy razy w tygodniu i pozostając w strefie komfortu.”
Wielu obserwatorów młodzieżowego futbolu zauważa, że współczesnym zawodnikom brakuje boiskowego cwaniactwa i przebojowości.
To bezpośrednia konsekwencja wychowania „pod kloszem”. Dziś rodzice chuchają i dmuchają na dzieci, robią za nie wszystko. Gdy ja miałem 15 lat, sam leciałem samolotem na testy do francuskiego Cannes. Ojciec odwiózł mnie na lotnisko w Warszawie i powiedział krótko: „Jak sobie sam nie poradzisz i nie potrafisz polecieć na testy, to jak chcesz zostać piłkarzem?”. I musiał człowiek sobie poradzić.
Brak samodzielności w życiu przenosi się potem bezpośrednio na boisko. Młodzi zawodnicy bywają mało odporni na krytykę, szybko się zniechęcają po niepowodzeniach. Kiedyś w niemal każdym zespole był zawodnik, który potrafił czarować z piłką przy nodze, grał odważnie, z wyobraźnią. Dziś dominuje fizyczność – wysocy, dobrze zbudowani gracze, którzy świetnie przesuwają się na boisku, ale brakuje im unikalnych umiejętności technicznych i boiskowego luzu.
Gdzie w takim razie szukać nadziei na powrót do tej „piłkarskiej fantazji”?
Jedyną drogą jest pasja i praca własna, wychodząca daleko poza oficjalny trening. Kiedyś dzieci grały na podwórkach od rana do nocy, bo nie miały komputerów i telefonów. Dziś małe dzieci mają wszystko na wyciągnięcie ręki – smartfony, zagraniczne wakacje. Często brakuje im tego sportowego „głodu” i złości.
Są jednak chlubne wyjątki. W roczniku 2008 miałem podopiecznego, Jędrzeja Glapiaka. Ten chłopak był dosłownie zafiksowany na punkcie piłki. Codziennie po treningach wychodził sam na boisko, żonglował, odbijał od ściany, bawił się tą piłką. Efekt? Jako jedyny z rocznika wszedł do poważnej piłki – trafił do Stali Rzeszów, podpisał kontrakt i zaczął trenować z pierwszym zespołem. To pokazuje jednoznacznie: na obbiektach takich jak UKS SMS Łódź masz wszystko, by odnieść sukces, ale musisz tego bardzo, bardzo chcieć.
Jak Pan wspomina swoje czasy w SMS-ie? Wtedy infrastruktura wyglądała zupełnie inaczej.
To były całkowicie inne czasy! Zaczynaliśmy na wynajmowanym boisku HKS-u, chodziliśmy do szkoły na Chojnach. Dzisiejszy SMS to potężna baza i idealnie zorganizowana struktura. My nie mieliśmy takich warunków, ale mieliśmy kapitalnych ludzi.
Wychowywali nas najlepsi trenerzy w Łodzi – pamiętam trenera Mrowca, Westfala, Robakiewicza czy Czaplarskiego. Dodatkowo mieliśmy niezwykle mocną grupę. W mojej jednej klasie było chyba dwunastu reprezentantów Polski w kategoriach młodzieżowych! Rywalizacja napędzała każdego z nas. Wiedzieliśmy, że jeśli sami sobie czegoś na boisku nie wywalczymy, to nikt nam niczego nie da za darmo.
Przejście z piłki młodzieżowej do seniorów to dla wielu młodych graczy zderzenie ze ścianą. Z czego to wynika?
Gdy jako 17-latek wchodziłem z Łukaszem Madejem i Piotrem Grzelakiem do pierwszej drużyny ŁKS-u, czuliśmy ogromny szacunek do doświadczonych ligowców. Ale najważniejsze było to, że my się ich po prostu nie baliśmy na boisku. Byliśmy zahartowani, bo od małego na podwórkach graliśmy ze starszymi od siebie.
Dziś młody chłopak błyszczy w juniorach, trafia do seniorów i paraliżuje go stres, bo nigdy wcześniej nie spotkał się z taką presją i fizyczną grą. Jeśli coś nie idzie po jego myśli, pojawia się problem.
Dużą rolę odgrywają tu też rodzice. Zamiast uczyć dzieci samodzielności i wyciągania wniosków z błędów, próbują usuwać przed nimi każdą przeszkodę. A przecież nic tak nie rozwija i nie uczy jak porażki oraz wyciąganie z nich wniosków.
Co powiedziałby Pan dzisiaj młodemu zawodnikowi Akademii UKS SMS Łódź, który marzy o grze na najwyższym poziomie?
Powiedziałbym mu: „Chłopie, masz tutaj warunki, jakich nie ma niemal nikt w Polsce. Możesz osiągnąć wszystko, co tylko sobie wymarzysz, ale pod jednym warunkiem – musisz na to ciężko i samodzielnie pracować”.
90% dzieciaków grających w piłkę w Polsce nie ma możliwości wstania z łóżka w bursie, zrobienia 10 kroków i wejścia na doskonałe boisko, by poćwiczyć technika czy zagrać z kolegami 2 na 2. Zawodnicy SMS-u mają tę szansę każdego dnia na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko chcieć z niej skorzystać i pamiętać, że sam talent nie wystarczy – kluczem jest poświęcenie, ciężka praca i nieustanny głód rozwoju.
Rozmawiał: Adrian Boruch




